Święty zawsze uśmiechnięty

Świętość- z czym nam się kojarzy? Z niebem, świętymi, wiarą, doskonałością, zaufaniem do Boga, wystawieniem na ołtarze. To tzw. Stereotypowa świętość. Taka, w którą wierzymy, nie znając prawidłowej definicji tego słowa.

Bardzo często katolicy zapytani, dlaczego chcieliby zostać świętym, opowiadają, że nie chcą. Jeszcze niedawno sama tak uważałam. Odpowiedziałabym, że nie chcę, bo to nie dla mnie. Uważamy, że święci to za dużo. Jak to w ogóle możliwe żebym to właśnie Ja została świętą? Przecież to tyle pracy. Musiałabym być nieskazitelna, bez grzechu. Bzdura! Więc skąd biorą się u nas takie przekonania? Często patrzymy na to, przez pryzmat większy niż rzeczywiście jest. Wydaje nam się, że jest to nie osiągalne. Słyszymy o świętych wyniesionych na ołtarzach, o ich wspaniałe dzieła i cuda. I wmawiamy sobie, że my tak nie potrafimy. Nie umiemy aż tak wierzyć, aż tak dobrze znać Pismo Św., tak dobrze mówić czy nawet zaufać Bogu. Oni tak, ja nie. Przecież siebie znam. Moje życie nie może stać się święte.

A mimo tego każdy człowiek został powołany do świętości. Czy to mały, czy duży, bogaty, czy biedny. Są tylko dwie rzeczy, które są niezbędne w dążeniu do świętości: łaska Boża i dobra wola. Sami nie osiągniemy nic. Łaska wylewana jest zdrojami na nas. Jednak nic nie dzieję się bez naszej woli. Bóg mówi nam, że możemy być święci, że takie jest nasze powołanie. Ale czy my chcemy być święci? Czy chcemy być we wszystkim co nas spotyka szczęśliwi? „Każdy święty chodzi uśmiechnięty 🙂 „- jak możemy usłyszeć ze starej piosenki Arki Noego. Co jest faktem. Jeśli chcemy zostać świętymi to już jest sukces.

Co robić by być świętym? W każdym wieku jest to coś innego. Inaczej się okazuje, ale przede wszystkim chodzi o dawanie dobra. Każdy człowiek z otwartym sercem i oczami potrafi przekazywać dobro. Otwarci na Ducha Świętego i łaskę. Uczenie się bycia dobrym, czytanie Pisma Świętego i ufanie w moc Jego. Wiem, że to jest trudne, ale nie niewykonalne.

„Każdy kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.” (1J 3, 3)

Ale porozumiejmy się: jest jedna tylko świętość, a polega ona na tym, by w sposób żywotny zjednoczyć się z Bogiem przez miłość; urzeczywistnia się ona jednak w rozmaity sposób, a także w różnej mierze. Dobroć, to znaczy świętość jakiegoś małego dziecka jest czymś innym, niż dobroć osoby dorosłej; dobroć mężczyzny jest inna, niż dobroć kobiety; inna jest też dobroć żołnierza, w pewnym znaczeniu, aniżeli chorego czy starca. Każdy rodzaj życia posiada swoje szczególne cnoty. Każda osoba, można powiedzieć, ma sobie właściwy sposób realizowania świętości według jej właściwych sytuacji i obowiązków. Ale o jednym powinniśmy zawsze pamiętać, a mianowicie, że każdy z nas jest powołany do tego, aby był świętym, to znaczy naprawdę dobrym, naprawdę chrześcijaninem.(…) Czy to takie trudne? Tak i nie. Trudne to jest, jeżeli liczymy tylko na nasze siły; jest to trudne, jeżeli damy się nastraszyć tym przeszkodom, jakie w nas samych, czy poza nami na pewno napotkamy; jest to trudne, jeżeli źle pojmujemy nasze chrześcijańskie powołanie. Ten, co chce być tylko połowicznie chrześcijaninem, podwójnie odczuwa ciężar chrześcijańskich obowiązków.Ale ten, kto jest mężny i ufność swoją pokłada w Panu Jezusie, to znaczy ten, kto się modli, kto słucha słowa Bożego i trwa w łasce Bożej, ten uważa, że świętość jest łatwa. A nawet widzi, że ona jest piękna i uszczęśliwiająca. Ci tylko, którzy są naprawdę dobrzy, to znaczy święci, są szczęśliwi. (Paweł VI, Wszyscy bądźcie świętymi, Przemówienie podczas Audiencji generalnej – 16 marca 1966.)

Umocniona

Zamartwianie

Planując kolejne dni życia mój malutki kalendarz traci miejsce do zapisywania. Przeróżne plany, spotkania, prace domowe, testy i sprawdziany przypominają mi, że zawsze muszę mieć wszystko zaplanowane. Śmieszą mnie nie zaplanowane sprawy, bo to są jedyne sytuacje, w których nie martwię się na zapas. Wszystkie punkty zapisane w kalendarzu w jakiś sposób sprawiają, że się o nie martwię. Niektóre bardziej, niektóre mniej.

Kosztuje mnie to dużo energii psychicznej. Jednak nie umiem obyć się bez zaplanowania swojego dnia. Przynajmniej żeby wiedzieć kiedy na co mam czas. Więc jak dać na spokój? Nie planować niczego? Odradzam. Jeśli np. zapomnisz o jakimś spotkaniu i osoba, która będzie na ciebie czekać może się zirytować i obrazić. Poczuć się gorzej chociaż nie taki był twój cel…

Ostatnio zapisując kolejne plany nie myślę o tym jakie to jest niewykonalne. Jak trudno będzie pogodzić jedno z drugim. Próbuję nie zmarnować czasu i nie przejmować się na zaś. Im bardziej napakowany mam dzień tym po prostu mniej myślę. Wyznaczam sobie odpowiedni czas i trzymam się tego.

„Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6, 34)

Ruchome piaski są tak bardzo wciągające

Kiedyś oglądałam pewną bajkę, w której to bohaterowie musieli przejść przez ruchome piaski, żeby dostać się na drugą stronę. Tłumaczyli sobie nawzajem, załamując głosy, że przecież przez ruchome piaski nie da się przejść, bo wciągają! Nigdy z racji tego nie przedostaną się na drugą stronę, żeby kogoś uratować. Pamiętam jak strasznie się o nich wtedy martwiłam. Chociaż wierzyłam, że dadzą radę. Rezolutni i inteligentni bohaterowie wzięli liany wiszące nie opodal i skacząc na nich przedostawali się na drugą stronę. Klaskałam w dłonie ciesząc się ich powodzeniem, gdy nagle jeden puścił line i wpadł do ruchomych piasków. Przestraszona i załamana, wraz z fikcyjnymi postaciami, miałam ochotę płakać. Jak to się mogło stać?! Jednak szybko reszta towarzyszy kompana zaczęła go ciągnąć do siebie. Tylko, żeby udało im się wyciągnąć. Sukces! Zaczęli się przytulać, ciesząc się, że są cali i zdrowi…

Ruchome piaski wciągają. W naszym życiu takimi piaskami są grzechy, złe uczynki. Im bardziej w nich brniemy tym głębiej się zakopujesz. Trudno nas wyłowić. Często myślimy jak się „uratować”? Tylko Bóg. Taka stała, nie pękająca liana. My co najwyżej możemy nie chcieć jej pomocy i puścić się. Znowu wpadając w ruchome piaski. I dopiero czując, że jest już bardzo źle wołamy o pomoc. I w tym momencie zjawiają się towarzysze. Osoby, które chcą dla nas jak najlepiej i próbują nas z tego wyciągnąć. Jezus Chrystus dodaje im siły, zaparcia.

„Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata domu i nie szuka starannie, aż ją znajdzie? A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: „Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam”. 10 Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca». ” (Łk 15, 8-10)

Formacja

Żeby zostać znanym sportowcem nie wystarczy brać udziału w zawodach sportowych. Zanim jakikolwiek zawodnik wybierze się na większe przedsięwzięcie, ćwiczy określoną ilość czasu. Ma ułożony odpowiedni plan do swoich możliwości. Jeśli chce osiągnąć sukces, nie może tylko wystartować. Wie, że najpierw czeka go ciężka praca fizyczna. Musi nieraz wyrzekać się niezdrowego jedzenia i pilnować się z porami spożywania posiłków. Na pewno nieraz jest mu trudno, ale wie jaki skutek przynosi poświęcenie i ciągła praca nad sobą. Patrzy w przyszłość, myśląc o wysokich wynikach, jakie może osiągnąć. Nie wie kiedy to się stanie, ale mając nadzieję ćwiczy.

Dlaczego piszę o sportowcach? W życiu duchowym także jesteśmy takimi sportowcami. Każdy z nas bierze udział w trudnym, ale pięknym maratonie nazywanym życiem. W tym także nie powinniśmy tylko wystartować i biec bez żadnego przygotowania. Na trasie może nas spotkać wszystko. Śnieg, deszcz, wichura, ulewa, gorące słońce… Jak w takim momentach człowiek „nieprzygotowany” ma się nie poddać? Usiąść na drodze, zaprzeczyć swojej duszy. Taki stan może się znaleźć w nas jeśli nie pielęgnujemy miłości do Boga, jeśli nie podejmujemy żadnego trudu.

Dziś kończą się wakacje. Wiele wspólnot zaczyna od nowa swoją formację. Co to jest formacja? Proces stopniowego doskonalenia się osoby, powołanej do świętości i doskonałości. Każda wspólnota ma inną formację. Tak jak każdy sportowiec ma inny plan ćwiczenia, tak człowiek, który poszukuje formacji dla siebie, odnajduje się w różnych wspólnotach. Odnowa w Duchu Świętym, Krąg Biblijny, Ruch Światło-Życie (oaza), Domowy Kościół, Neokatechumenat itd. Bóg wyznacza każdemu inną ścieżkę. Dlaczego warto w ogóle wchodzić do jakiejś wspólnoty? Człowiek poprzez trud odnajduje drogę do Boga. Dzięki innym ludziom w wspólnocie uczy się miłości do bliźniego i uczy się zauważać w nich Jezusa Chrystusa. Przede wszystkim dąży do Królestwa Bożego- mety. Najcięższa pogoda, najstraszliwsza dziura nie będą przeszkodą, gdy nie jest się samemu. Gdy ma się Boga i ludzi, którzy pomagają się do Niego zbliżyć.

Czasami potrzebujemy takich towarzyszy w wędrówce życia…. Chociażby przez modlitwę. Jezus wziął 12 uczniów, wiedział, że jakby byli w pojedynkę nic by nie zdziałali. Dopiero gdy dostali Ducha i byli w grupie, umieli głosić „na dachach”.

„Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: «Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w królestwie swoim»” (Mt 17, 24-28)

Dziękuję Ci Boże, że mam stałą formację w parafii. Dziękuję, że poprzez wspólnotę mogę Ciebie lepiej poznawać. Amen.

Umocniona

Ja go nie znam

Czasami dla wygłupów, mówimy do przyjaciółki, że jej nie znamy. Zdarza się nam też udawać, że nie znamy partnera/ partnerki z którym wybieramy się na miasto. Czasami nie wiadomo dlaczego boimy się pokazać, że kogoś lubimy. Wszystko przez to, że boimy się opinii innych ludzi lub ich gadulstwa.

Zastanawiające, że właśnie takie sytuację sprawiają od razu, że się cofamy. Udajemy, tuszujemy, często kłamiemy lub po prostu uciekamy.

W grupie ludzi wierzących nie boisz się mówić o Bogu. Nie boimy się wykonywać znaku krzyża, śpiewać piosenek religijnych czy po prostu przyznać się, że wierzymy. Łatwo nam jest, bo wiemy, że ci ludzie mają wartości podobne do naszych. Inna sytuacja, gdy widzimy się ze znajomymi, którzy nas znają, a negują kościół. Trudno jest w takich sytuacjach coś powiedzieć, a co dopiero pośpiewać piosenki religijne. Sama czasami łapie się na tym, że omijam ten temat, jakbym się go bała. Jakbym nie znała Boga, kryła się z tym. Przyjąć słowa pogardy, ośmieszenie czy wyśmianie jest znacznie trudniejsze niż aprobatę.

Jan Chrzciciel, którego wspomnienie dzisiaj mamy, jest wzorem odważnego przyznawania się do Jezusa Chrystusa. Swoją posturą i postawą bycia mógł przerażać, a i tak miał słuchaczy. Nawracał, udzielał chrztu i się przyznawał. Robił to przez całe życie, co oczywiście nie wszystkim się podobało. Nie patrzył jednak na to. Wiedział, że ma misje od Boga. Po to się narodził.

Wszystko co otrzymujemy to łaska. Świadome i odważne świadczenie w najgorszych sytuacjach to łaska Boga.

Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. (Mt 10, 32-33)

Odwagi.

Umocniona

Jaką ja mam wiarę?

Czasami wydaje się nam, że wiara to taka prosta czynność. Wierzymy komuś na słowo, wierzymy, że będziemy w domu bezpieczni, wierzymy, że będziemy szczęśliwie żyć itd. Jeśli wierzymy to także mamy nadzieję. Mamy nadzieję, że ktoś mówi prawdę, mamy nadzieję, że dostaniemy potrzebne bezpieczeństwo, mamy nadzieję, że będziemy szczęśliwie żyć itd. Nierozłączne, odchodzące od siebie, wierzymy i mamy nadzieję.

Wiara w Boga jest nieraz bardzo ciężką rzeczą do wyobrażenia. Często mówi się, że Boga nie widzieliśmy dlatego nie wierzymy. Znacznie łatwiej wierzyć jest w coś co możemy zobaczyć gołym okiem, zobaczyć namacalnie, zrozumieć i pojąć. Jednak co to by był za Bóg jeśli umielibyśmy go zrozumieć?… Nawet gdybyśmy urodzili się za czasów Jezusa nie wiadomo ilu z nas by uwierzyło, że jest Synem Bożym. Przecież to trudne do zrozumienia. Pozostaje nam wiara, nadzieja i nierozłączna miłość. Wierzymy, że jest, mamy nadzieję, że jest. Kochamy Go, ale wiemy, że On kocha nas bardziej. Kiedy umrzemy to co zostanie z tych trzech?… Miłość. Nie będziemy musieli wierzyć, bo już będziemy wiedzieć, nie będziemy musieli mieć nadziei, bo już się przekonamy. Jednak miłość zostanie, aby kochać bezgranicznie. Powstanie w nas łaska kochania bezgranicznie. Niepojęte, skomplikowane. To nawet lepiej, że nie wszystko możemy zrozumieć. Zdajmy się na łaskę…

Wróciłam z Oazy Nowego Życia i Elbląskiej Pielgrzymki Pieszej z wiedzą, że moja wiara jest tak słaba, taka malutka. Normalnie, zanim jeszcze w jakąkolwiek trasę wyruszyłam, wiedziałam, że z prawą nogą nie będzie najlepiej, ponieważ taka ona zawsze była niesforna i zawsze coś się z nią dzieje. Gdy szłam na Jasną od 3 dnia bolała mnie prawa noga w kostce. Smarowanie kremem, opaska uciskowa i w drogę. Nie czułam wtedy, aż takiego bólu. Był jednak taki etap, dnia 8, że szliśmy naprawdę szybko i moja kostka przypominała mi o sobie pulsującym bólem. Płacz przez całą drogę i tylko liczenie na to, aby jak najbliżej postój. W głowie słowa, które wylosowałam: „Powstań, ty, który straciłeś nadzieję. Powstań, ty, który cierpisz. Powstań, ponieważ Chrystus objawił ci swoją miłość i przechowuje dla ciebie nieoczekiwaną możliwość realizacji”~ św. Jan Paweł II. Do końca tego dnia musiałam jechać autobusem, a kostka jak bolała, tak bolała. Przyznam się bez bicia, że przestałam wierzyć już medycznym, że to ścięgno. Choć nie znam się na medycynie, stwierdzałam, bałam się tego, że to stłuczona kostka. W tą nogę już nie raz tak miałam. Bałam się tego… Wieczorem przed punktem medycznym podszedł do mnie kolega z mojej grupy i spytał jak się trzymam. To mu odpowiedziałam szczerzę, że boję się o moją kostkę. Jego słowa wtedy zwaliły mnie z nóg: „To się pomódl, to jutro już cię nie będzie bolało.” Powiedział to tak pewnie, a ja pomyślałam sobie, że wierzę w Boga, ale tak się nie stanie nawet jak się pomodlę. Powiedziałam temu chłopakowi tak, na co on, że w takim razie to on się pomodli. Następnego dnia mogłam iść, ale trochę bolało. Dwa dni później nie bolała wcale. Mogłam nawet nie zakładać bandażu elastycznego, a ostatniego dnia, na chrzcie, mogłam nawet biegać. I wtedy zadałam sobie pytanie. Jaką ja mam wiarę?…

Umocniona

Nie lękaj się!

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym. (Mt 14,22-33)

W dzisiejszej, dobrze znanej, Ewangelii ukazany jest św. Piotr, który kroczy po wodzie do Jezusa. Dopóki widzi Go i wierzy Mu nie tonie. Dopiero, jak dosięga apostoła strach, lęk wtedy zaczyna się topić. Jezus nie patrzył na to z założonymi rękami. Pomaga mu stanąć z powrotem na nogach. Pytając się dlaczego zwątpił. Właśnie dlaczego?…

Mimo, że wierzę, lęk to jest mój jeden z największych wrogów. Boję się hm… od groma rzeczy. Często przez to nie umiem spać, boli mnie brzuch, mocniej się trzęsę i myślę tylko o tym czego się lękam. Te wakacje miałam już pracowite. Byłam na swoich rekolekcjach, potem jako animatorka muzyczna na kolejnych i wczoraj wróciłam z pieszej pielgrzymki na Jasną Górę. Przed każdym z tych wydarzeń chodziłam jak w zegarku. Jednak najbardziej przejmowałam się pielgrzymkom i animatorowaniem. Obie te rzeczy robiłam pierwszy raz. Lęk nie wygrał ze mną tym razem. Nadal nie mogę uwierzyć, że szłam 11 dni. Doszłam. Gdyby nie to, że Bóg jest Wielki i On mnie do tego powołał dawno bym powiedziała: „Dość”.

Dlaczego wątpiłam? Dlaczego bałam się? Dlaczego apostoł Piotr zaczął tonąć, chociaż wiedział, że Jezus jest koło niego? Dla ludzi, dla nas, nie zrozumiałe jest robić takie rzeczy. Myślimy sobie, że nie damy rady. Niemożliwe jest dla niektórych pójście na pielgrzymkę czy powiedzenie świadectwa swojego życia. Niemożliwy nie raz wydaje nam się Bóg. Jasne, jest Wszechmogący, dlatego przez nas niezrozumiały, ale JEST.

Pielgrzymka dla mnie osobiście była nigdy nie do przejścia. Ja i chodzenie. Nie wiedziałam nawet dlaczego tam idę. Jednak plan Boży w tym był. I już mogę to przyznać. To było takie moje kroczenie po wodzie. Dopóki miałam przed oczami Jezusa wlokłam się, jakoś szłam. Kiedy traciłam Go z oczu, pojawiał się kryzys psychiczny, szło się naprawdę ciężko. Jakby tonęło się w pustce.

„Jezus uzdalnia powołanych, a nie powołuje uzdolnionych”

„I jak Izrael za Mojżeszem udaliśmy się.

Exodus nie będzie czekał, sam nie zrobi się

Booooo

Bóg każdego z nas wyzwala z niewoli Egiptu

On uwolni Cię

NIE LĘKAJ SIĘ!”

Ukryty skarb

Nad brzegiem morza o wschodzie słońca pojawiła się skrzynka. Plaża była pusta, nie było widać żadnej żywej duszy. Skrzynka nie wielkich rozmiarów, zakopywała się w piasku. Kołysała się czasami, gdy podmywały ją fale morza. Wydawało się jakby na kogoś czekała lub od kogoś uciekła. Czas leciał wolno… Powoli plaża zaczęła się zaludniać. Jednak nikt nie widział małej skrzynki, porzuconej nie wiadomo przez kogo. Dziewczynka, która nie wyglądała na więcej niż 6 lat, zauważyła ją od razu. Podbiegła do niej, krzycząc do mamy, żeby patrzyła. Nagle wielka fala porwała skrzynkę tak, że nie było jej widać. Płacząc, małe dziecko zaczęło biec szybciej. Nie zdążyła. Skrzynka popłynęła dalej w świat. Smutna, płacząca dziewczynka usiadła na plaży. Coś przywarło do jej nogi. Wzięła papierek mokry od morskiej wody i zobaczyła rozmazane literki: „Mój skarb, gdzie serce moje”. Szepcząc te słowa, uspokoiła się i wróciła do mamy. Do końca życia zastanawiała się co było w tej skrzynce. To musiał być wielki skarb…

Sprzątając dzisiaj moje dwa pudełka mówiłam sobie: „To mój skarb”. Cenny skarb, który nie chcę oddać. Są w nich wspomnienia, cytaty, zakładki, obrazki z rekolekcji i innych okazji. Każdy z nas ma coś takiego, czego nie chcę oddać. Co zbiera, kolekcjonuje, do czego ma sentyment. Wszystko to materialne rzeczy. Warto je kochać, przywiązywać wagę, ale nie sprawiać, żeby były tylko do oglądania.

Do czego dążę? Dzielenie się swoim skarbem jest cudowne. Mówię z własnego doświadczenia. To co w moich pudełkach jest schowane, często przydaje się tutaj. „Mój skarb, gdzie serce moje”. Jeśli to jest moim sercem warto się nim dzielić.

Ukryty skarb. Taki był w opowiastce. Dziewczynka nie wiedziała co jest w skrzynce. Mimo to płakała, gdy nie mogła zobaczyć co jest w środku. Mała dziewczynka, to nasza dusza. Chce ona poznać ukryty skarb, jakim jest Bóg, królestwo Boże. Gdy nie udaje jej się to, bo inni ludzie (fale) przeszkadzają jej w tym, płaczę. Fale mogą obrazować także nasze własne grzechy. Przypływ- dobre uczynki. Odpływ-grzechy. Skrzynka jest zamknięta, dopóki my nie chcemy jej otworzyć. Wystarczy sięgnąć i odkrywać jej wnętrze. Jeśli odpłynie dalej, robić wszystko by wróciła do nas.

„Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli

Umocniona

Źle to wygląda…

Pewna kobieta upiekła szarlotkę dla synka. Robiła go cały wieczór by chłopczyk następnego dnia, wracając z wycieczki, był uradowany. Zdawała sobie sprawę, że będzie jej ciężko, ponieważ trudno jej było posługiwać się rękami, które często wyginały się w nienaturalny sposób. Mimo tego, nie poddając się, upiekła ciasto. Znała swoje dziecko i wiedziała, że najbardziej kocha On szarlotkę. Następnego dnia wyjmując je z szafy na górze, zauważyła, że nie wyglądał za pięknie. Bardzo się upaćkał i kobieta widziała, że trudno będzie go ładnie podać i przyrządzić. Zasmuciła się wiedząc, że już tego nie zmieni. Była zła na siebie, że jej się nie udało. Przybył syn jej i rzucił się jej w ramiona. Zauważając na stole ciasto, krzyknął: „Mamo! Szarlotka! Moje ulubione ciasto! Dziękuje!” Pocałował mamę w policzek i zabrał się za pałaszowanie komentując z pełnymi ustami potrwę. Kobieta spojrzała na to i uśmiechnęła się w duchu. Ona patrzyła na swoje dzieło krytycznie, bo źle wyglądało. Jej syn za to patrzył na ten przysmak z miłością i radościom dziecka.

Chciałam zobrazować dwie postawy pisząc taką historyjkę. Mama chłopca zadręczała się ciastem, była na siebie zła, pamiętała o swojej chorobie. Widziała przez krytyczny obraz siebie. Jednak nie poddała się. Nie powiedziała, że tego nie zrobi. Wiedziała, że będzie trudno. I postawa syna. Nie patrzył on na wygląd ciasta, ale na wykonanie. Jak smakowało, że było mamy, jego ulubione. Robione z miłości.

W życiu potrafimy tak często patrzeć na siebie krytycznie. Źle to wygląda… Powtarzamy, gdy coś nie idzie idealnie, tak jak chcemy. Gdy coś, co robione jest z miłości wychodzi gorzej niż byśmy się spodziewali. Dużo ludzi umie patrzeć na nas poprzez nasze zalety. Gdy my nieraz widzimy w sobie tylko zło, tylko wady.

Umocniona

Bóg ma wiele planów

Bóg ma dla nas wiele planów. Choćby plan a, b, c, d nie zadziałał On ma w zanadrzu o wiele więcej. Nie wiem skąd je bierze, ale jestem pewna, że są niesamowite. Stworzone specjalnie dla nas.

Wróciłam wczoraj z rekolekcji z nowymi ciekawymi pomysłami i nie wiedziałam od czego zacząć. Choćbym ułożyła sobie plan, co codziennie będę pisać, nie potrafiłabym tego wypełnić. Więc zaczynam od planu Bożego.

Wiadomo, że najważniejszym planem Bożym dla każdego człowieka jest nasze zbawienie. Ten cel mamy zapisany wszyscy i według planu Bożego kroczymy w tym kierunku. Jednak nieraz podejmujemy inną decyzję, która prowadzi nas w błoto. I co wtedy? Wtedy jest kolejny plan, kolejne wyjście z sytuacji. Wystarczy mu zaufać i przyjąć Jego plan.

Przykład? Odrzuciłam kiedyś plan szkoły muzycznej. Muzyka była zawsze tą pasją, z którą muszę żyć na co dzień. Przynosi mi ona radość, szczęście, wrażliwość i wyobraźnię. Nigdy nie żałowałam mojego dawnego wyboru, że nie zaczęłam szkoły muzycznej. Dopiero na tych rekolekcjach poczułam, że czemu ja nie odważyłam się, nie przekonałam się do tego pomysłu. Plan Boży? Nie chodziłam do szkoły muzycznej, ale nie przestawałam szkolić się. Nie rzuciłam gitary, choć nieraz miałam ochotę i nadal czasami mam. Po latach nauki, czuję się w  niej pewna. Założyłam ze znajomymi młodzieżową diakonie muzyczną. Nadal się ćwiczymy i w ogóle, ale widzę w tym działanie Boga.

Na pierwszy rzut oka plany Boga są przerażające. Takie na jakie nie mamy ochotę się zgodzić. Wolimy własne plany, własne pomysły. Strach przysłania nam piękno. Bóg zna nas najlepiej, dlatego także zna pragnienia naszego serca. Nasz plan może wydawać się złudnym pragnieniem serca. Gdy tak naprawdę jest, bo jest bezpieczniejszy itd.

Jak poznać jaki jest plan Boga dla nas? Stuprocentowej pewności nie będziemy raczej mieli, bo zawsze pojawiają się jakieś wątpliwości. Cuda pokazują nam to. Wystarczy zobaczyć „przypadki” w naszym życiu wskazujące na coś konkretnego. Gdy nadal nie jesteś pewny, pytaj Boga dalej. On jest cierpliwy, da ci znak, o który prosisz. Wystarczy mu zaufać i dać się powieść jego woli.

Umocniona