Rekolekcje, czas dla wszystkich

W dniach 10.-12.11.2017r. odbyły się Niepodległościowe rekolekcje dla młodzieży. Organizatorem była Oaza diecezji elbląskiej. Miejscem przebywania było piękne Matemblewo- Gdańsk, przy sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej. 48 uczestników, i 8 wspaniałych animatorów, wraz z księdzem Kajetanem Jakubowskim na czele, przyjechało, aby z Bogiem i innymi ludźmi spędzić swój weekend. Przez ten krótki czas budowali swoją wspólnotę i pogłębiali swój osobisty rozwój duchowy  i patriotyczny.

Wpadłam na pomysł, żeby przeprowadzić wywiad z moimi rówieśnikami, którzy tak jak ja przeżywali te rekolekcje. Choć jedni szybko się zgodzili, a inni dopiero za dłuższą namową, wiem, że warto przeczytać wpis do końca. Michalina, Maciek i Dominik formują się w parafii bł. Doroty w Elblągu. Dziękuję im za wywiad, a was zachęcam do przeczytania tego, co jest świadectwem tych kilku dni.

Dlaczego przyjechałaś na rekolekcje zamiast siedzieć w domu?

Michalina: „Przyjechałam na te rekolekcje dlatego, że byłam już na kilku takich Oazach Modlitwy i poznałam tu wielu wspaniałych ludzi. Na rekolekcjach mogę naprawdę się odnowić duchowo i oderwać od codziennych obowiązków.”

Maciek: „Ja na początku nawet nie wiedziałem, że takie coś istnieje, ale moja kochana oaza, zachęciła mnie, żebym tutaj przyjechał. Opowiedziała mi o tym wydarzeniu i stwierdziłem, że przyjadę. Zobaczę i przekonam się jak to jest, no i się przekonałem. Było bardzo fajnie.”

Co ci daje taki rodzaj odpoczynku?

Michalina: „Odnowę Duchową, mnóstwo energii i siły na kolejne miesiące, tygodnie normalnego życia. Mogę też poznawać nowe aspekty wiary, nowe miejsca w mojej duszy, które nie zostały do końca odkryte. Za każdym razem, mogę odkrywać coś zupełnie innego i poznawać bardziej siebie.”

Maciek: „Na rekolekcje oazowe pojechałem pierwszy raz. Oaza Modlitwy rozwinęła mnie duchowo i to dosyć mocno. Były konferencje oraz czuwanie. To pogłębiło moją wiarę i w jakiś sposób mnie rozwinęło.”

Co byście powiedzieli, aby zachęcić innych na takie rekolekcje?

Michalina: „Jeśli chcecie spędzić jak najlepiej czas, w jak najlepszym towarzystwie i ubogacić oraz polepszyć swoje życie, stać się bardziej szczęśliwym, spełnionym człowiekiem, to jak najbardziej polecam! Nawet się nie zastanawiajcie!”

Maciek: „Trudne pytanie, ale na pewno jeśli chcecie się rozwinąć, pogłębić swoją wiarę to na pewno warto tu przyjechać.”

Dominik: „Można tu poznać wspaniałych, wartościowych ludzi, pić z nimi herbatę, jeść ciastka, dzielić się naszymi przemyśleniami, tym co mamy w środku. Możemy więc nawzajem umacniać się w wierze oraz spędzić bardzo miło czas.”

Maciek: „Rekolekcje pokazują też nam, że nie jesteśmy sami. Wiele młodych ludzi wierzy, tak jak my. Pokrzepia to naszą wiarę i jest to super!.”

Modlitwa za zmarłych

Zaczął się miesiąc listopad. Wszystkim powszechnie znany z szczególnej modlitwy za zmarłych. To czas, w którym pamiętamy, że życie na ziemi jest kruche. Wspominamy naszych bliskich zmarłych i modlimy się szczególnie za nich. W kościołach czytane są wypominki.

Dlaczego nasza modlitwa jest im potrzebna? Być może są oni jeszcze w czyśćcu i tymi modlitwami sprawiamy, że mają bliżej do nieba. Modlitwa zawsze jest ważna. Czy są już w niebie czy też nie, warto się za nich modlić.

Głęboko wierzę, że moi bliscy zmarli są moimi aniołami w niebie. Są osobami, które nie raz wyproszą dla nas łaskę pojednania, łaskę cudu czy rzeczy dla nas dobrej. Opiekują się mną, patrzą na mnie z innej pespektywy. I kibicują nam, abyśmy mogli kiedyś do nich dołączyć. To właśnie oni uświadamiają mi, jak życie ziemskie jest kruche.

Aby zobaczyć ten temat z innej pespektywy zapytałam kolegę, Krzyśka, co myśli kiedy w szczególny sposób wspominamy w kościele wszystkich zmarłych. Odpowiedział, że zaczyna myśleć nad własnym życiem, nad tym ile mu jeszcze zostało czasu. Swoją wypowiedź skończył stwierdzeniem, że wyobraża sobie, jak to jest w tym drugim świecie. 

Takie same pytanie zadałam też Gabrysi, która odpowiedziała, że myśli sobie zawsze o tym, że kiedyś się spotkamy z nimi w Niebie. Opiekujemy się tymi którzy odeszli od nas, modlimy się za nich żeby dostali się do domu Pana. Każdy z nas przeżywa wędrówkę na ziemi, ale największą radość sprawi nam już dojście do jej kresu.

„Przytulił się do mnie nic nie mówiąc. Patrzyliśmy się na nagrobek myśląc tylko o tych zmarłych. Są pośród nas, i z nami w sercach, na zawsze.

-Opiekuj się nimi, babciu…- szepnęłam.”  („Tylko tyle, a jednak tak dużo” D.U)

Umocniona

Wszystko ważne, nic najważniejsze

Ludzie dzielą się na różne typy osobowości. Tych, którzy bardziej nadają się do organizowania, tych, którym się nic nie chcę i tych, którzy robią, ale wcześniej muszą usłyszeć co mają robić. Połowicznie zaliczam się do pierwszej i trzeciej grupy.

Ostatnio bardzo dużo się dzieję. Im jestem starsza zauważam, że mam więcej na głowie. Normalne. Nauka, muzyka, oaza i rekolekcje. I tak w kółko. Jedno się skończy, drugie zaczyna. Typ organizatora, czyli wszystko muszę mieć ustalone, w kalendarzu zapisane. Nie ma tak, że czegoś nie ma w grafiku. Wszystko jest ważne. Nie ważne jak jestem wycieńczona i tak szukam sposobu by robić jak najwięcej.

Czy to takie złe? Z jednej strony nie. Chcesz robić dużo i jak najlepiej. Zgadzasz się na dużo, wyliczasz, często ci się udaje. Masz pomocników, choć czasami i tak sobie przydzielasz najwięcej. Z czystej logicznej strony, nie jest to złe. Chcesz jak najlepiej wywiązać się z powierzonych ci zadań. Warto się jednak zastanowić, czy nie psuje to nam zdrowia? Po czasie wszystko co ważne, nie staje się najważniejsze.

Dobrze jest pomagać, ale także mówić asertywne „nie”. Nie mam siły, jestem zmęczona, nie dam rady sama. Nie szukać na siłę. Zgadzać się, że nie zawsze JA muszę coś robić.

„Synu, nie bierz na siebie za wiele spraw,
bo jeśli będziesz je mnożył, nie unikniesz szkody.
I choćbyś pędził, nie dopędzisz,
a uciekając nie uciekniesz.” (Syr 11, 10)

Po co komuś osoba po pomocy, która już jest na skraju wytrzymania? Czasami warto na chwilę zatrzymać się, nie brać wszystkich spraw na siebie. Usiąść , spojrzeć w lustro i powiedzieć: „I tak robisz dużo, daj się wykazać innym.”

Umocniona

 

„Wierzysz w siebie?”

W moim mieście jutro odbędzie się koncert charytatywny. Organizowany jest przez moją wspólnotę parafialną. Będzie śpiewała na nim scholka dziecięca, w której kiedyś byłam oraz diakonia muzyczna do której aktualnie należę. Wczoraj przed próbą nie wierzyłam, że ten koncert nam wyjdzie. Nie wierzyłam, że może się udać. Chciałam odpuścić. Nie wierzyłam w siebie. Dopiero po próbie moje wątpliwości zmieniły się w optymizm i radość, że będzie możliwość śpiewania dla innych.

Dlaczego często nie umiemy w siebie wierzyć? Nieraz nie umiemy się docenić, czasami się przeceniamy. Ma to związek z wiarą. Gdy wierzymy Bogu, wierzymy, że On nam we wszystkim pomoże. Mamy dziecięcą wiarę i ufność.

Pozytywny obraz siebie to cecha, której życzę każdemu. To spojrzenie w lustro i zauważanie w sobie tych dobrych i tych złych cech. To zdolność pewnego człowieka. Osoby, która wie co musi poprawić, a o co dbać w szczególności. To dziękowanie gdy jest się chwalonym i chwalenie talentem Boga. Wszystko to jest potrzebne do wiary. W moc Bożą, która jest w nas za Jego sprawą.

Stanięcie w prawdzie nie jest egoizmem. Każdy w czymś jest dobry i wiedząc o tym możemy wykorzystać to dobrze. Dzieląc się z innym, wierząc w siebie i chwaląc za to Boga.

Więc, więcej wiary w siebie!

Lepszy jest ten, który pracuje, a opływa we wszystko,
niż ten, co przechadza się poważany, a nie ma chleba.
Synu, ze skromnością dbaj o cześć dla swej osoby
i oceniaj siebie w sposób należyty. (Syr 10, 27-28)

Ciągłe nawracanie

Nawracanie czyli przemiana duchowa. Całe życie jest ciągłym nawracaniem. Wybieraniem między dobrem, a złem i naprawienie tych złych.

Mój młodszy brat, jak to dziecko w jego wieku, ma bardzo dużo zabawek. Porozrzucane są one nieraz po całym domu. Przez co narażane są na zdeptanie. Po przypadkowym zepsuciu jakiejś zabawki towarzyszy nam strach, który spowodowany jest wiedzą o tym jak zareaguje właściciel. Dziecko, które zobaczy swoją własność w naruszonym stanie zacznie płakać i pójdzie do dorosłego, żeby on mógł coś na to poradzić. Rodzic w tym momencie robi wszystko co w jego mocy, ale jeśli się nie udaje to idzie kupić nowe. Dziecko przestanie płakać, gdy zobaczy swoją zabawkę, w takim samym stanie, jak przed wypadkiem.

Nawracanie siebie to takie zmienianie wadliwej zabawki na nową. Oczywiście my to nie zabawki, więc u nas trudniej jest z naprawą. Spowiedź święta daje nam nową kartę, „czystą zabawkę”. Jednak ważne jest w tym trwać. Bóg, wszyscy świeci i anioły radują się przy każdym naszym nawróceniu. Cieszą się gdy znajdujemy dobrą drogę.

Dzisiaj dzień zaczął się wielką mgłą. Słabo co było widać. Szłam na przystanek autobusowy trochę z pamięci, a trochę z parzenia na zarysy otaczającego mnie świata, które co rano mijam. Co jakiś czas przejeżdżał samochód, który wprowadzał w tą mgłę, trochę światła. Idąc tak „na ślepo” zrozumiałam, że moja wędrówka przez życie wygląda podobnie. Nie wiem co mnie spotka w przyszłości jest to za mgłą. Zarysy, które kojarzę to sytuacje typowe takie jak przyjaźń, rodzina czy wspólnota. W tym marszu pojawiają się światła. Moje dokładnie jedno. Jezus Chrystus, który cały czas chcę mi coś pokazać. Nawracając się włączam „długie światła” i idę dalej.

Jak byś się czuł?

„Tak jak zapowiedziała o godzinie 1330  przyszła do mnie nie kto inny, a Angelika.

-Widzę, że nasza gwiazda miała za mało sławy i się pochorowała.- wycedziła na powitanie.

-Co?- spytałam zdziwiona i dotknięta.

-Jeszcze się głupio pyta. Jak to co? Sławna chcesz być i tyle. Dlatego, symulujesz chorobę  i od razu dostajesz role w filmie.

Czy ona serio tak myśli? Czy wszyscy w szkole tak myślą?

-Leżysz tu sobie i nie chodzisz do szkoły, a i tak dostajesz to co chcesz. A my? Uczymy się, aby nas wybrali, a nie jak ty!

Łzy leciały już mi po policzkach.

-Jak ty możesz?!- wrzasnęłam- Nie znasz mnie i osądzasz!

-Tak, a teraz sobie płacz. Nikt cię nie lubi słyszysz?! Nikt! Jesteś samolubną gwiazdą i tyle.

Tego było za wiele. Usiadłam na łóżku trzymając się za klatkę piersiową. Ból serca, ale inny ból. Ten był innego rodzaju. Jakby ktoś kroił mi serce na milion kawałeczków.

-Wyjdź!- krzyknął inny głos. Głos Kacpra.

-Ale…- teraz się zrobiła nieśmiała jak myszka.

-Powiedziałem wyjdź!-krzyknął ostrzegawczo.

Wybiegła. Sekundę później Kacper był koło mnie

-Wszystko dobrze?- zapytał.

Przytuliłam się do niego płacząc mocno.

-Chcę płakać, a powinnam się śmiać. Powinnam pokazywać, że jestem silna, pokazywać uśmiech na swojej twarzy, aby innym robiło się lżej na sercu. Ale Kacper ja już nie potrafię to mnie przerasta. Dlaczego ona się ze mnie śmieję?! Co ja jej zrobiłam?!

Stałam cała roztrzęsiona w jego ramionach. On bynajmniej nie myślał o mnie źle. Co on w ogóle we mnie widział?

-Jestem do niczego.- kontynuowałam wypowiedź cała już mokra od łez.- W ogóle nie powinieneś się ze mną za dawać. Co ty we mnie widzisz? Przecież jestem do niczego. (…)”

 

Tą opowieścią chcę zilustrować ocenianie. W dzisiejszym świecie często klepiemy słowa bez zastanowienia, z zazdrości. Nie potrafimy pogratulować, powiedzieć czegoś miłego tylko wykrzyczeć coś co nam się nie udało. Czy jednak warto? Julką z opowiadania mógł być każdy. Osoba bardziej wrażliwa weźmie każde nasze słowo do siebie. Będzie czuć się beznadziejnie, nic nie warta. Jak byś się czuł gdyby ktoś zaczął ci wyrzucać nawet Ciebie nie znając? Czy czułbyś się wtedy komfortowo?….

Moja Mama

Byłam małą dziewczynką, gdy pierwszy raz przybyłam do chórku dziecięcego „Śpiewaj Panu” prowadzonym przez moją ciocię. Na początku stałam w tzw. małym mikrofonie, który jeszcze wtedy mieścił się na podeście przed obrazem (repliką) Matki Boskiej Częstochowskiej. Wpatrywałam się w niego nieraz z tak bliska, a myślami byłam tak daleko od Niej. Trwało to parę lat, bo potem wyrosłam i trawiłam do „większego” mikrofonu.

W Częstochowie miałam możliwość być cztery razy. Pierwsze dwa spotkania z Cudownym obrazem nie wywołały u mnie większego poruszenia. Oczywiście cieszyłam się, że mogłam zwiedzić tak znane miejsce. Jednak nigdy nie czułam więzi z Maryją takiej jak z Jezusem.

Gdy w tym roku, „coś”, a bardziej ktoś w głowie mówił mi żebym poszła pieszo na Jasną Górę nie mogłam powiedzieć „nie”. Oczywiście bałam się, mówiłam po co ja, przecież w Częstochowie już byłam. Mimo to targnięta jakimś nieznanym pragnieniem poszłam. Nie będę opowiadała całej drogi, bo zbyt dużo tego jest. Każdy pielgrzym przyzna mi rację, że widząc już sanktuarium na Jasnej Górze nogi same niosą. Radujesz się, płaczesz. Widząc po takim trudzie Matkę Bożą to łaska. To wielka łaska. Co wtedy zrozumiałam? Moja Mama była tam dla mnie. Ona zawsze przy mnie była. Często proszona przeze mnie o wstawiennictwo pomagała jak dziecku. Troszczyła się o mnie w całej drodze na Jasną Górę. Gdy miałam zwątpienia przychodziła w innych ludziach, mówiąc mi, że nasza relacja może być jak z Jezusem.

W naszym kościele w każdą środę jest nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej pomocy. Rok temu miałam słaby dzień, chciało mi się płakać. Wracałam bardzo późno ze szkoły. W moim sercu poczułam pragnienie pójścia do kościoła. Wysiadłam z autobusu i poszłam pod kościół. Nigdy wcześniej nie byłam w środę w kościele. Zdziwiłam się gdy uklękliśmy i zaczęło się nabożeństwo. „Za pogrążonych w smutku- prosimy cię Matko Nieustającej Pomocy”…

Jezus kochał swoją matkę. Także chcę żebyśmy my ją kochali. Jutro zaczyna się październik. Miesiąc różańca świętego. Chrześcijańska broń. Ciężka nieraz do odmawiania, ale bardzo skuteczna. Warto spróbować. W tym miesiącu dziękować i prosić.

Umocniona

 

Święty zawsze uśmiechnięty

Świętość- z czym nam się kojarzy? Z niebem, świętymi, wiarą, doskonałością, zaufaniem do Boga, wystawieniem na ołtarze. To tzw. Stereotypowa świętość. Taka, w którą wierzymy, nie znając prawidłowej definicji tego słowa.

Bardzo często katolicy zapytani, dlaczego chcieliby zostać świętym, opowiadają, że nie chcą. Jeszcze niedawno sama tak uważałam. Odpowiedziałabym, że nie chcę, bo to nie dla mnie. Uważamy, że święci to za dużo. Jak to w ogóle możliwe żebym to właśnie Ja została świętą? Przecież to tyle pracy. Musiałabym być nieskazitelna, bez grzechu. Bzdura! Więc skąd biorą się u nas takie przekonania? Często patrzymy na to, przez pryzmat większy niż rzeczywiście jest. Wydaje nam się, że jest to nie osiągalne. Słyszymy o świętych wyniesionych na ołtarzach, o ich wspaniałe dzieła i cuda. I wmawiamy sobie, że my tak nie potrafimy. Nie umiemy aż tak wierzyć, aż tak dobrze znać Pismo Św., tak dobrze mówić czy nawet zaufać Bogu. Oni tak, ja nie. Przecież siebie znam. Moje życie nie może stać się święte.

A mimo tego każdy człowiek został powołany do świętości. Czy to mały, czy duży, bogaty, czy biedny. Są tylko dwie rzeczy, które są niezbędne w dążeniu do świętości: łaska Boża i dobra wola. Sami nie osiągniemy nic. Łaska wylewana jest zdrojami na nas. Jednak nic nie dzieję się bez naszej woli. Bóg mówi nam, że możemy być święci, że takie jest nasze powołanie. Ale czy my chcemy być święci? Czy chcemy być we wszystkim co nas spotyka szczęśliwi? „Każdy święty chodzi uśmiechnięty 🙂 „- jak możemy usłyszeć ze starej piosenki Arki Noego. Co jest faktem. Jeśli chcemy zostać świętymi to już jest sukces.

Co robić by być świętym? W każdym wieku jest to coś innego. Inaczej się okazuje, ale przede wszystkim chodzi o dawanie dobra. Każdy człowiek z otwartym sercem i oczami potrafi przekazywać dobro. Otwarci na Ducha Świętego i łaskę. Uczenie się bycia dobrym, czytanie Pisma Świętego i ufanie w moc Jego. Wiem, że to jest trudne, ale nie niewykonalne.

„Każdy kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.” (1J 3, 3)

Ale porozumiejmy się: jest jedna tylko świętość, a polega ona na tym, by w sposób żywotny zjednoczyć się z Bogiem przez miłość; urzeczywistnia się ona jednak w rozmaity sposób, a także w różnej mierze. Dobroć, to znaczy świętość jakiegoś małego dziecka jest czymś innym, niż dobroć osoby dorosłej; dobroć mężczyzny jest inna, niż dobroć kobiety; inna jest też dobroć żołnierza, w pewnym znaczeniu, aniżeli chorego czy starca. Każdy rodzaj życia posiada swoje szczególne cnoty. Każda osoba, można powiedzieć, ma sobie właściwy sposób realizowania świętości według jej właściwych sytuacji i obowiązków. Ale o jednym powinniśmy zawsze pamiętać, a mianowicie, że każdy z nas jest powołany do tego, aby był świętym, to znaczy naprawdę dobrym, naprawdę chrześcijaninem.(…) Czy to takie trudne? Tak i nie. Trudne to jest, jeżeli liczymy tylko na nasze siły; jest to trudne, jeżeli damy się nastraszyć tym przeszkodom, jakie w nas samych, czy poza nami na pewno napotkamy; jest to trudne, jeżeli źle pojmujemy nasze chrześcijańskie powołanie. Ten, co chce być tylko połowicznie chrześcijaninem, podwójnie odczuwa ciężar chrześcijańskich obowiązków.Ale ten, kto jest mężny i ufność swoją pokłada w Panu Jezusie, to znaczy ten, kto się modli, kto słucha słowa Bożego i trwa w łasce Bożej, ten uważa, że świętość jest łatwa. A nawet widzi, że ona jest piękna i uszczęśliwiająca. Ci tylko, którzy są naprawdę dobrzy, to znaczy święci, są szczęśliwi. (Paweł VI, Wszyscy bądźcie świętymi, Przemówienie podczas Audiencji generalnej – 16 marca 1966.)

Umocniona

Zamartwianie

Planując kolejne dni życia mój malutki kalendarz traci miejsce do zapisywania. Przeróżne plany, spotkania, prace domowe, testy i sprawdziany przypominają mi, że zawsze muszę mieć wszystko zaplanowane. Śmieszą mnie nie zaplanowane sprawy, bo to są jedyne sytuacje, w których nie martwię się na zapas. Wszystkie punkty zapisane w kalendarzu w jakiś sposób sprawiają, że się o nie martwię. Niektóre bardziej, niektóre mniej.

Kosztuje mnie to dużo energii psychicznej. Jednak nie umiem obyć się bez zaplanowania swojego dnia. Przynajmniej żeby wiedzieć kiedy na co mam czas. Więc jak dać na spokój? Nie planować niczego? Odradzam. Jeśli np. zapomnisz o jakimś spotkaniu i osoba, która będzie na ciebie czekać może się zirytować i obrazić. Poczuć się gorzej chociaż nie taki był twój cel…

Ostatnio zapisując kolejne plany nie myślę o tym jakie to jest niewykonalne. Jak trudno będzie pogodzić jedno z drugim. Próbuję nie zmarnować czasu i nie przejmować się na zaś. Im bardziej napakowany mam dzień tym po prostu mniej myślę. Wyznaczam sobie odpowiedni czas i trzymam się tego.

„Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6, 34)