Pielgrzymi szlak

Jak wiadomo dzisiaj jest Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, ale już parę razy pisałam o Nim, więc pomyślałam, że tym razem napiszę świadectwo.

Dwa lata temu w mojej parafii pojawił się ksiądz, wtedy neoprezbiter, który każdego napotkanego człowieka namawiał na pielgrzymkę do Częstochowy. Pamiętam, że denerwował mnie tym gadaniem, tak że za każdym razem gdy widziałam go na horyzoncie chciałam wiać. Nie udawało mi się to. Ciągle przywoływał mnie do siebie i mówił że idę z nim na pielgrzymkę, nawet nie znając mojego imienia. Ja i 30 km dziennie, ludzie naprawdę wariują. Z moim śmiechem kończyła się każda taka rozmowa. Zostałam przy swoim. Nigdzie się nie wybieram i tak było, chociaż w głębi duszy zasiał w moim sercu ciekawość. Pielgrzymka ruszyła beze mnie.

Cały kolejny rok szkolny nasłuchałam się jak było wspaniale. Nowy ksiądz stał się znanym duszpasterzem młodzieży i jak na złość co chwilę mówił o pielgrzymim szlaku. Zaczęłam chodzić na moją wspólnotę, w której oczywiście nie opuszczało się tego tematu. To był taki temat tabu. Im więcej o tym słyszałam tym bardziej w moim sercu odzywało się pragnienie pójścia na nią. Dlaczego? Ja tego nadal nie umiem wyjaśnić. Po prostu jakaś siła pchała mnie do tego usilnie. Przegadałam z ludźmi, którzy już byli na pielgrzymce, tyle godzin, że ciężko byłoby to zliczyć. Jednak jak zawsze miałam ultimatum. Na całą, albo w ogóle. Nie dojadę w trakcie, bo się zniechęcę ani nie wrócę wcześniej, bo nie warto. Tak właśnie wtedy rozumowałam. I co? I zostałam animatorką muzyczną na rekolekcjach oazowych, wcześniej byłam na swoich, zrezygnowałam z wyjazdu z rodziną i z sąsiadką dojechałam trzeciego dnia na pielgrzymi szlak. Bóg chciał mi pokazać, że ma dla mnie lepszy scenariusz tylko muszę Mu zaufać.

Ta podróż nie była łatwa, nie była wygodna. Jeśli bym patrzyła tylko na to jak się męczyłam musiałabym powiedzieć, że była koszmarna. Pot, słońce, boląca noga, nie raz zadane pytanie po co ja w ogóle idę? Nigdy nie miałam dobrej relacji z Matką Bożą. Więc czemu szłam? Pielgrzymka pokazała mi jak dużo jest we mnie niedoskonałości, jakie nastawienie mam do własnej osoby, jak nie umiem się pogodzić z własną nieidealnością. Kryzys psychiczny był gorszy niż fizyczny, ale podtrzymywała mnie modlitwa i ludzie. Byłam i nadal jestem pełna podziwu zjednoczenia wspólnotowego mojej grupy i wszystkich ludzi, którzy nas przygarniali. Przecież byliśmy dla nich wszystkich nieznani, ludźmi obcymi, co z tego, że z kościoła. Każdy z nas przecież jest inny, to nie tylko dla nas musiało być stresuje, ale także dla nich.

Dojście do Sanktuarium o własnych siłach z pomocą Bożą jest zdecydowanie inne niż przyjechanie. Łzy płyną, a ty się radujesz i uwielbiasz Boga, ze dał ci siłę dojść. Pokazał mi, że nie potrafię wierzyć w swoje siły nawet wtedy kiedy On nimi kieruje.

Pielgrzymka to wędrówka uświadamiająca mi, że niemożliwe dla mnie, nie jest niemożliwe dla Boga. Był to wielki CUD zbliżający mnie do Matki Bożej. Był to czas refleksji, walki ze zmęczeniem, kontrolowanie własnych postępowań. To wydarzenie było ze mną przez cały ten rok. Siedzi i nie odchodzi. CUD…. Dla mnie jeden z większych i cenniejszych. To był mój czas. Plan Boży Go przewidział. Za to wszystko co przed i w czasie drogi…

Chwała Panu!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *