Intencje

Mam zapisane wszystkie intencje od 15.06 za jakie brałam komunie. Jest ich już sporo, bo chodzę jak mi się udaje. Te wszystkie intencje przychodzą nagle nie są stałymi wytycznymi. Za każdym razem pojawiają się w innym momencie pod szeptane przez Ducha Św. Kiedyś nie zwracałam uwagi na intencje. Komunia była tylko częścią Mszy Św, którą przyjmowałam. Od niedawna widzę, że intencja za jaką jestem za Mszy przybliża mnie jeszcze bardziej do Boga. On wie o co proszę, a ja czuję, że służę. Czuję, że to coś daje. Bóg ma w tym jakiś plan.  Wierzę, że tak jest.

Intencje mobilizują. Gdy poszłam na pielgrzymkę nie miałam jasnych intencji, określonych. Byłam wołana gdzieś w środku. Dopiero jak szłam na szlaku ksiądz przewodnik powiedział mi, żebym miała intencję. Hm… Jednak jakie? Każdego dnia miałam inną. I to jest bardzo dobre. Intencja motywuje do drogi. Były dni, w których szło mi się lekko i wiedziałam, że ta intencja ma się dobrze, nie jest ciężka, uspakajało mnie to. Były jednak dni, w których wolałabym leżeć niż iść, czując ciężar wszystkiego. W takim momencie wiedziałam, że tylko modlitwa w tej intencji pomoże mi iść dalej. Przecież „pokutowałam” za nią. Nie wszystko jest proste, niektóre intencje wymagały mojej większej mobilizacji.

Warto mieć intencje. Na każdej Mszy Św. To naprawdę przemienia. Nie wiem jak innych, ale mnie na pewno. To naprawdę sprawia, że czuję się wypełniona miłością Bożą i wierzę, że pomaga też innym.

Jeśli masz jakieś intencje i chcesz, abym się pomodliła nie bój się. Można napisać do mnie wiadomość, a ja dzięki łasce Bożej obdarzę was moją modlitwa.

Chwała Panu!

Idźcie i głoście

„Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi. I przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. „Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien”. I mówił do nich: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.” (Mk 6,7-13)

Miałam możliwość w swoim życiu chodzić po dwóch do ludzi. Za każdym razem byłam przerażona. Ludzie z mojego środowiska wiedzą, że wierzę, ale iść do ludzi nie znanych i mówić o Jezusie? Oj nie. Nigdzie się nie ruszam, przecież co ja będę mówić. Jestem osobą wygadaną, można rzec, że zawsze mam coś do powiedzenia. A w tych momentach przeżywałam paraliż. „Wykaż swoją gotowość, pokaż że wierzysz”- taka myśl pojawiała się na samym początku. Przygotuj się i idź. To jak rzucanie na głęboką wodę. Gdy jednak już idziesz nie masz motywacji pokaż na co cię stać, ale Boże pomóż sama nie dam rady. Duchu Św. prowadź każdą rozmowę jak chcesz, jestem twoim narzędziem. Tak też było. Niektórzy nie zatrzymywali się w cale, niektórzy nie wpuścili do domu, nie otworzyli drzwi, a niektórzy przyjęli nas z otwartością. Każde jednak posłanie do ludzi pokazywało mi moje powołanie do głoszenia oraz moją ludzką bezsilność.

Po dwóch latach ciągłej, gruntownej formacji mogę powiedzieć, że miałam więcej misji głoszenia Jezusa niż te trzy razy na rekolekcjach. Za każdym razem wiedziałam, że nie ja przemawiam tylko robi to Duch Św. Zaskakiwał mnie spokojem, cierpliwością, otwartą dłonią, słowami oraz tym, że potrafiłam słuchać. Dzięki temu, że Bóg daje mi łaskę nawracania siebie mogę pomagać też tym, którzy są od Niego trochę dalej, albo aktualnie wątpią. Najpierw trzeba zacząć od siebie, żeby pomagać innym. Nadal się uczę, formuję, poznaję Pismo Św. Zdaję sobie sprawę, że gdybym tego nie robiła daleko byłabym od Boga i od innych ludzi. Wiem, że to jest łaska i dziękuję Bogu za to, że z niej korzystam.

Mówienie musi zgadzać się z naszymi czynami. Najlepszym sposobem głoszenia jest dawanie świadectwa życia. Żeby nasze słowa zgadzały się z tym jak postępujemy. Życzę tego Wam i sobie.

Dziękuję Boże za to, że mogę Ciebie głosić. Daj nam łaskę postępowania jak dzieci światłości i pomóż nam czynem potwierdzać nasze słowo o Tobie. Amen. 

Duch zniechęcenia

Dostałam dziś zaproszenie

Pełne obiecującej treści

Dostałam zaproszenie

Ale strach mnie bierze.

Co jak będzie źle?

Ludzie nie zrozumieją mnie?

Dostałam zaproszenie

Pójść? Odpowiedzieć?

Dostałam zaproszenie

Od zaufanego

Duch zniechęca mnie

Chcę, ale nie chcę.

Po prostu lękam się.

Duch zniechęcenia to nie jest Duch Św. Duch zniechęcenia to stan, w którym chcemy coś zrobić, ale się tego boimy, zniechęcamy się. Zaczynamy zadawać pytania. Na co mi to? Po co mi to? Przecież mogę nie robić, nie iść, nie jechać.

Dostaję dużo zaproszeń na różne rekolekcje, wyjazdy, animatorstwo muzyczne. Podejmuję decyzję zgodne z moim pragnieniem, sercem, które rwie się do przodu. Biegnę do tego wszystkiego z wyciągniętymi rękami. Jednak chwilę przed zatrzymuję się, a w mojej głowie pojawiają się pytania. Jaki sens? Jak nie będzie dobrze? Po co? Na co? To dla mnie nie ma sensu. A jak nie dam rady?

Na mojego ducha zniechęcenia nie działa dużo rzeczy. Po prostu mówię sobie idź zobaczysz jak będzie. Najgorsze jest jednak upartość. Zawsze sądziłam, że ja uparta nie jestem. Ostatnio przekonałam się, że żyłam w błędzie.

Uwielbiam sytuację kiedy mam mało czasu na zastanowienie. Kiedy przychodzę parę minut przed apelem i dostaję gitarę, bo nie ma kto grać. Kiedy chwilę wcześniej dowiaduję się, że mam powiedzieć świadectwo. Kiedy mnie nie pytają tylko mi dają. Mam wtedy mniej czasu na ducha zniechęcenia i strach. Po prostu staje pod faktem dokonanym.

Nie warto się zniechęcać. Jedyny upór, który jest potrzebny to ten, który pcha nas do przodu. Duch zniechęcenia kiedyś mija, a lepiej nie żałować, że nie skorzystało się z zaproszenia.