Czy mogę prosić…?

Czy mogę prosić abyście przeczytali ten wpis? Mogę. Czy to zrobicie? Nie mam pojęcia.

Dostałam właśnie wiadomość od koleżanki z zapewnieniem modlitwy za mnie. To jest kolejny znak, który mówi mi, że ten temat blogu jest odpowiedni.

Jadąc ostatnio samochodem pewna osoba została zapytana przez kapłana czy prosi innych o modlitwę. Odpowiedzią było słowo „nie”. Ostatnio zastanowiło mnie to dlaczego tak jest?

Sama pamiętam, że zawsze miałam z tym problem. Dlaczego? Było parę powodów. Pierwszy z nich był taki, że było mi głupio pytać. Kolejny, że to nadużywanie czasu innych osób. Czasami też wstyd, że tego potrzebujesz. Nieraz powstrzymywało mnie to, że ludzie będą pytać o szczegóły. Nie zawsze chcesz się wszystkim tłumaczyć.

Wszystkie te argumenty przeciw proszeniu o modlitwę są nieuzasadnione w praktyce. To, że prosimy, znaczy, że przejmujemy się swoją wiarą, sytuacją życiową, zdrowiem itp. i wierzymy, że tylko Bóg może nam w tym pomóc. Każdy z nas potrzebuje modlitwy nie tylko swojej, ale także innych ludzi. „Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego.” (Jk 5,16) Należy także pamiętać, że prosimy, a nie każemy.  Jeśli proszona osoba się zgadza i to robi nie nadużywamy jej czasu. Szczegółów natomiast nie trzeba objaśniać.  Gdy ktoś zacznie pytać powiedzieć, że nie chcesz o tym mówić, a Bóg wie o co chodzi.

Nie wiem w jakim momencie nauczyłam się prosić o modlitwę. Pamiętam, że musiałam się pogodzić z tym, że jej potrzebuję. Nie oszukujmy się, każdy ją potrzebuje. Ważne też było to, żeby umieć dziękować właśnie za to, że ktoś się za ciebie modli. Przedstawiając tą prośbę w osobistej modlitwie dziękowałam Bogu za tych ludzi, którzy się za mnie pomodlili.

Nie bójmy się prosić! Nie bójmy się także słyszeć, że ktoś się za ciebie modli. Nie bójmy się przedstawiać próśb drugiego człowieka. Nawet sporadyczną modlitwą możemy zdziałać Boże cuda.

Śmieję się często, że mam „czterech podopiecznych modlitewnych”. Każda osoba jest ode mnie starsza, ale wiem, że moja modlitwa jest im potrzebna. Cieszę się, że mogę ich w niej zapewniać.

Umocniona

Umocnienie mojej wiary

Patrzę przez okno na sypiący biały śnieg i myślę o tym, że jutro są święta. Musicie mi jednak wybaczyć, bo ten wpis nie będzie jeszcze o nich. Nadal trwa Adwent i chcę poruszyć jedną ważną sprawę, która była obecna w moim życiu. Bardzo możliwe, że jutro jeszcze napiszę krótki wpis już na temat świąt.

Dwa lata temu zaczęłam zastanawiać się nad kierownictwem duchowym. Pierwsza wzmianka jaką usłyszałam nie mówiła mi nic konkretnego i w ogóle się nie zastanawiałam nad tym. Nie interesowałam się tym jakoś szczególnie. Do pewnej grudniowej nocy, gdy rozmawiając z moją koleżanką zaczęłam ją wypytywać o jej kierownika. Co to w ogóle jest? Jak to wygląda? Czy to pomaga? Itd. Jestem człowiekiem, który jak się czymś zainteresuje to zaczyna zdobywać na ten temat jak najwięcej informacji. Także przeczytałam dużo stron internetowych, obejrzałam filmy znanych księży i spytałam się oczywiście Boga. Z każdym dniem myślałam o tym coraz intensywniej. Nie lubię podejmować decyzji długo więc minęło naprawdę mało czasu aż byłam gotowa zapytać jednego, konkretnego kapłana. Pamiętam, że mieliśmy wtedy z nim spotkanie o Duchu Św. Wiem, że zadawał pytania, a ja tylko siedziałam i myślałam czy go spytać? Czy się nadaje? Czy będzie to dla mnie dobre? Znałam go dopiero pół roku. W głowie wśród tych pytań pojawił się jeszcze jeden głos, który mówił żebym spytała, bo to co mówi nie może być od niego, tylko od Boga. Pchana jakąś siłą, nieśmiało zapytałam. Myślałam, że dowiem się od razu albo tak, albo nie. W jakim szoku byłam kiedy powiedział mi, że zastanowi się i powie mi na wigilii oazowej. Dokładnie 6 dni niepewności. To był jeden z momentów w moim życiu, w którym modliłam się bardzo żarliwie. Prosząc za wstawiennictwem mojej patronki oraz księdza patrona oto, aby było tak jak Bóg tego chce. I gdy na wigilii usłyszałam „zgadzam się, ale na razie wstępnie” to „spokojnie”  przyjęłam to do serca i jak Maryja zachowałam dla siebie. Żartuje. Skoczyłam od razu powiedzieć koleżance i cieszyłam się jak głupia. „Zgodził się! Zgodził się być moim kierownikiem duchowym! Bez pośpiechu i na razie wstępnie, ale powiedział tak.” (22.12.2016r)

To jest historia jak to się zaczęło. Jak było dalej zostawię już dla siebie. Czemu o tym piszę? Mało kto wie na czym polega kierownictwo i co ono daje. Kierownik duchowy chociaż w moim przypadku był księdzem wcale nie musi nim być. Może nim zostać każdy, ale trzeba patrzeć na to czy żyje Jezusem Chrystusem, czy wzbudza twoje zaufanie i czy dobrze ci się go słucha. W moim przypadku wszystko się zgadzało, choć nawet po tym jak ksiądz nim został miałam czasami wątpliwości. Jak zaczynałam kierownictwo nie wiedziałam jak będzie wyglądać. Wiedziałam, że teoretycznie ma trwać 45 min raz w miesiącu i co było śmieszne najczęściej dokładnie tyle trwało choćby nie wiem ile miała punktów do powiedzenia. Kierownik duchowy to nie spowiednik. Każdy z nas jest pielgrzymem w swoim życiu, a kierownik duchowy to towarzysz podróży. Nie zawsze potrafi pomóc. Nieraz trzeba było się wysilić, odrobić „prace domową”  czy obrazić. Nie wszystko było wyłożone na tacy. Byli ludzie, którzy mnie przestrzegali, ale zawsze mówiłam, że go wymodliłam. I wcale nie miałam na myśli tych 6 dni. Co tam się mówi? Tak naprawdę nic nie musisz mówić. Oczywiście w moim przypadku tak się nie da, więc ja mówiłam to co konkretnie mnie dołowało, cieszyło, sprawiało problem itd. Zawsze przed napisaniem sobie punktów modliłam się myśląc co powiedzieć. Gdy jesteś na kierownictwie także się modlisz, bo to nie jest tylko i wyłącznie wasze spotkanie. To jest spotkanie przede wszystkim spotkanie ty i Bóg, a kierownik jest osobą, która może doradzić, zwrócić uwagę, nie zgodzić się z Tobą czy pocieszyć. Czasami jak na złość milczy. Nie wszyscy go potrzebują. Ja go potrzebowałam na te dwa lata. I nie wątpię w to, że Bóg mi dał taką łaskę. Teraz dam radę już bez niego. A przynajmniej mam taką nadzieję. A co zaufania. To jest bardzo ważne, ale Duch Św. daje ci możliwość gdy już podejmujesz ten krok. Co prawda ja zaczynałam zawsze spotkanie od słynnego „Nie wiem od czego zacząć”, ale zawsze potem jakoś szło. I wiem, że był w tym Bóg.

Wiem, że to może mało się tyczy świąt, a można rzec, że wcale, ale nic na to nie poradzę. Potraktujcie to jako refleksje przed końcem roku 2018. Zdaję sobie sprawę, że te dwa lata były wspaniałym czasem, który przybliżył mnie do Boga. Nie mówię, że tak odzyskałam wiarę, ale na pewno ją umocniłam.

Dziękuję Boże!

            Umocniona

 

Radujcie się!

Trzecia Niedziela Adwentu. Niedziela radości. Czy taka była? Oczywiście, że tak chociaż diabeł chciał mi w tym przeszkodzić.

„Bracia: Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech wasza łagodność będzie znana wszystkim ludziom: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie.” (Flp 4, 4-7)

Dzisiejsze drugie czytanie jest jednym z moich ulubionych cytatów Pisma Św. Te słowa po prostu mówią wszystko. Radujmy się! Radujmy się z tego co mamy, co dostaliśmy. Wiem, że nie raz jest ciężko. Wiem, że przejmujemy się ważnymi sprawami, a czasami też tymi błahymi. Nie mamy zbytnio się troszczyć, ale modlić się i dziękować. Pan jest blisko!

Za tydzień już święta Bożego Narodzenia. Czas pozamiatać w naszym sercu te zakamarki, które jeszcze są w kurzu. Niech będzie przygotowane mieszkanie dla Jezusa. Radujmy się!

Postanowiłam sobie, że przez ten tydzień będę miała na twarzy uśmiech. Może to nie jest jakaś nowość, ale wydaje mi się, że to będzie najlepszy lek na wszystkie moje marudzenia.

Czasami

Czasami, nie rozumiem siebie…

Czasami, nie wiem co zmienić…

Czasami, nie uśmiecham się do ludzi…

Czasami, trudno mi cokolwiek czynić…

Czasami, boję się wyśmiania

Czasami, wątpię, nic nie czuję…

Czasami, upadam, spadam, się dołuję…

Czasami, na siebie krzyczę…

Czasami, się buntuję, maskuję…

W moim życiu „czasami”, często występuje.

Zatęsknić za Bogiem

Zaczyna się Adwent, kolejny niby taki sam, a jednak wyjątkowy. Radosny czas oczekiwań na narodziny Jezusa. Jak zwykle szukanie postanowień, „wyzwań”, modlitw, pewnego rodzaju umartwianie się.

Czy dokładnie oto chodzi w Adwencie? Ten okres liturgiczny zawsze mi szybko ucieka. Jak więc go nie przespać? Jak pracować nad sobą wraz z Bogiem?

Gdy dajemy sobie coraz trudniejsze postanowienia, cele, do których chcemy dojść możemy się pogubić. Dlaczego? Nadejdzie upragniona wigilia i święta, a my będziemy myśleć co nam się udało albo wręcz przeciwnie. Możemy się w tym zatracić i nie znaleźć tego co jest najważniejsze w Adwencie.

Najważniejsze nie są postanowienia, wyzwania, poranne roraty itp. Jasne, dobrze jest je mieć, bo mają one nam pomóc w przygotowaniach, ale nie mają być w centrum. W centrum powinien być Bóg. Nasza tęsknota do Niego. Mimo tylu lat w oazie, kościele moja dusza nadal tęskni za nim jako swoim Oblubieńcu. Adwent to czas na zatęsknienie, na radość z przeżywanego czasu. Wyczekiwanie, by znowu móc chociaż na chwile spotkać się z Nim. Czy to w słowie, sakramencie Pokuty czy Eucharystii.

Zatrzymaj się na chwile. Usiądź dziś wygodnie i w ciszy zatęsknij za Bogiem. Jeśli potrzebujesz zapal sobie lampion i daj się wypełnić Jego miłością. Na końcu podziękuj za to co masz i poproś o dobry Adwent.

Umocniona